Genie, the Wild Child

Dla tych, którzy znają angielski chociaż troszeczkę, podaję interesujący dokument do obejrzenia. Ale ostrzegam, jest dość drastyczny i kiedy oglądaliśmy go na studiach, jedna z koleżanek wybiegła z sali z płaczem, bo nie wytrzymała tych okropności.
Krótki materiał filmowy opowiada o dziewczynce, której Amerykańska opinia publiczna nadała pseudonim Genie, a określano ją jako dzikie dziecko. Dziewczynka, więziona przez rodziców w pokoju, przez całe dnie przywiązana do nocnika, w nocy (w specjalnym kaftanie) przenoszona do łóżeczka z barierkami i kratami, w wieku 13 lat została odnaleziona przez opiekę społeczną. Ojciec ją bił, katował i dusił, nie odzywał się do niej, jedynie szczekał i warczał. Stąd Genie nigdy nie miała kontaktu z językiem, dlatego nigdy również nie nauczyła się mówić. Jej przypadek posłużył językoznawcom do potwierdzenia Hipotezy Okresu Krytycznego, dotyczącej przyswajania języka.
Dość już tego wstępu, zapraszam na film. Choć temat jest trudny i poruszający, to z pewnością wart zgłębienia.

Piątkowa anegdotka muzyczna. Tak sobie, bez okazji

Stanisław Moniuszko, podczas premiery swojej znakomitej opery – Halki – w Teatrze Wielkim, stał za kulisami i płakał ze wzruszenia, nie mogąc uwierzyć, że właśnie ogląda realizację sceniczno-muzyczną dzieła swojego życia. Stał sobie spokojnie i pławił sie w glorii sukcesu, kiedy nagle zaczął na niego strasznie wrzeszczeć jakiś monter czy inny oświetleniowiec. Ale słuchajcie, jak on strasznie wrzeszczał. Że tutaj, za kulisy osoby postronne wchodzić nie mogą, i że co to ma znaczyć w ogóle, i że w ogóle kto Ci pozwolił człowieku tu wejść? A na koniec nakazał kompozytorowi wynosić się natentychmiast, co kompozytor (prawie z płaczem) skwapliwie uczynił. Moniuszko był tak nieśmiały, skromny i wycofany, że nie umiał wyjaśnić pracownikowi technicznemu, że to on sam skomponował Halkę.
Kiedy wszyscy po premierze chcieli uścisnąć dłoń wspaniałego kompozytora i pogratulować niesamowitego sukcesu, ten (ukryty przed ciekawskimi spojrzeniami) siedział w niedalekiej knajpie, jedząc kotlety z wołowiny i popijając piwem. Pisał jednocześnie list do ukochanejj żony, zalewał się łzami wzruszenia i radości, a nade wszystko chciał być sam. Odnaleziono go jednak i niemal siłą zaciągnięto na proszoną ucztę, pełną arystokracji i wszelkiego innego muzycznego towarzystwa, a biedny Moniuszko marzył tylko o tym, by wrócić do knajpy, zamówić jeszcze jedno piwo i skończyć pisać list.

No to tyle na dzisiaj. Miłego piątku Państwu życzę!

Spóźnione nieco, no ale… przyśniła sie dzieciom Polska, albo z okazji dnia dziecka wpis okolicznościowy…

Przyśniła się dzieciom Polska
czekana przez tyle lat,
do której modlił się ojciec,
za którą umierał dziad.
Przyśniła się dzieciom Polska,
w purpurze żołnierskiej krwi,
szła z pola bitym gościńcem,
szła i pukała do drzwi.
Wybiegły dzieci z komory,
przypadły Polsce do nóg
i patrzą – w mrokach przyziemnych
posępny czai się wróg.
Dobywa ostre żelazo
zbójecką podnosi dłoń…
Więc obudziły się dzieci
i pochwyciły za broń
Podniosły w groźny wir bitwy
zwycięski parol swych snów
i osłoniły przed wrogiem
własnymi piersiami Lwów.
Edward Słoński

Wyśpiewać marzenia – tekst archiwalny

Kiedyś wybrałem się do Londynu. A potem wróciłem stamtąd i napisałem tekst. A teraz ten tekst Państwu pokazuję i myślę, że szerszego komentarza on nie wymaga. Maju, czy Ty to czytałaś w końcu? 😛

Aha, wrzucam jeszcze piosenkę, która mi się jakoś bardzo z tym czasem kojarzy. Nieważne, że odkryłem ją jakieś 3 dni temu, ona wydaje mi się taka… Taka bardzo londyńska. No nic, przeczytajcie sami, cobyście wiedzieli o co chodzi! I pamiętajcie, głowy do góry! Jeszcze będzie pięknie! Jeszcze kiedyś wyjdziemy z domów!

WYŚPIEWAĆ MARZENIA
Kamil Wiśniewski

– Hi, how can I help You?
Głos panienki z okienka siedzącej na stanowisku oznaczonym jako
CHECK IN przepojony jest zawodową uprzejmością.
– Eeeee, we would like to be checked in – dukam kulawo czując, jak
na czoło występują mi kropelki potu.
Panienka uśmiecha się (a przynajmniej tak sobie wyobrażam) i zaczyna
stukać w klawiaturę komputera.
Stoimy na lotnisku Stansted, na przedmieściach Londynu, wokół nas
kłębi się wielojęzyczny tłum, my natomiast czujemy, że właśnie kończymy
naszą podróż życia. Świadomość ta nieco ciąży, na razie natomiast tłumi ją
adrenalina. Poza tym, jak można się smucić, kiedy przeżyliśmy coś tak
magicznego?
Nagle uświadamiam sobie, gdzie właściwie jesteśmy. Odwracam się do
Mai i szturcham ją w ramię.
– Co chcesz?
– Maju, przecież my jesteśmy w Londynie.
Maja przykłada mi rękę do czoła.
– Troszkę spocone – wyrokuje – czyli albo zwariowałeś, albo masz
gorączkę. Po dwunastu dniach pobytu oznajmiasz mi, że jesteśmy Grafika bez etykiety8
w Londynie. Trzeba przyznać, że refleks masz niezły.
Tak, 12 dni. Jeszcze raz przeliczam je wszystkie w myślach, odtwarzam
sobie dzień po dniu i nie mogę uwierzyć, że to marzenie, które miało nigdy
się przecież nie spełnić, to wariactwo, szaleństwo, to przecież nie miało
prawa się udać! Ale nie dość, że się udało, to właśnie zmierza ku końcowi!
Wkładam rękę do kieszeni i przesuwam palcami po małej figurce
Harry'ego Pottera, wykonanej z czegoś przypominającego plastik. Wyjmuję
rękę z kieszeni i delikatnie oglądam stojącego na mojej dłoni miniaturowego
czarodzieja.
– To od niego wszystko się zaczęło – przypominam sobie. Lotnisko,
wielojęzyczny gwar, bilety autobusowe, panienka z okienka, moi towarzysze,
to wszystko powoli odpływa, a ja wracam myślami do wydarzeń, które
sprawiły, że teraz jestem tutaj?…

Spacer nad Tamizą
***
– Ale wiesz co? Ja ci muszę coś pokazać! – w głosie Mai słychać
podekscytowanie.
– Tak? – próbuję okazywać uprzejme zainteresowanie.
– No tak. Film. Super film. No po prostu „wywalony w kosmos”.
W oryginale nosi tytuł „Rags”, ale polski tytuł to „Wyśpiewać marzenia”.
– Pewnie trochę tandetny?
– Nieco tandetny, ale nutki w nim są fajne. To co, oglądamy?
Siedzimy w pokoju Mai, ja na łóżku, ona przy komputerze. Wokół nas Grafika bez etykiety9
biega jej młodsza siostra, Emilka.
Zgadzam się na propozycję obejrzenia filmu i już po chwili oglądam
amerykańską wersję bajki o Kopciuszku. Film jest rzeczywiście tandetny.
Ona, wielka gwiazda, bardzo popularna i bogata, lecz nie mogąca śpiewać
tego, co naprawdę chciałaby śpiewać. Zdominowana przez despotycznego
ojca, pisze swoje piosenki do szuflady, a kiedy jest sama w domu, po cichu
nuci je sobie przed lustrem. On, bardzo utalentowany muzyk, którego również
nikt nie docenia, również ma despotycznego ojca, również komponuje.
Oczywiście ta dwójka się spotkała, najpierw o sobie nie wiedzieli, potem się
dowiedzieli, potem się zakochali, a potem był wielki, cudowny happy end…
– No i co? – pyta Maja, gdy przebrzmiało już echo ostatniego pocałunku.
– Rzeczywiście fajne te nutki. Dasz mi soundtrack?
– A nie mówiłam, nie mówiłam? No mówiłam! Ale wiesz co? Znalazłam
jeszcze taki musical, zrobiony na bazie Pottera. Jest tam jeden gość, który
tak ładnie gra na bębnach. No, musisz tego posłuchać.
I tak od ckliwej love story płynnie przeszliśmy do filmowych adaptacji
przygód młodego czarodzieja.
Po skończonym seansie Maja głęboko westchnęła.
– Co cię tak smuci?
– No, bo przecież to się dzieje w Londynie. Ech, ja tak bym chciała tam
pojechać… Tam jest Warner Bros, wiesz? Kręcili w nim wszystkie filmy
o Potterze, a teraz można tam pojechać i to wszystko zobaczyć.
– Wszystko? To znaczy co, na przykład?
– Kostiumy, których używali, rekwizyty, taką wielką makietę zamku
Hogwart, jest dużo multimediów, można posłuchać wywiadów, w których
wypowiadają się ci, którzy brali udział w pracy nad filmami.
Maja wypowiedziała to wszystko na jednym oddechu, dlatego nie
mogłem powstrzymać się od kąśliwej uwagi:
– To wiesz co? Proponuję, wyśpiewaj to marzenie. Może się spełni.
Nagrodzony zostałem kuksańcem w ramię, który (jak na żartobliwy) był
dosyć mocny. Bo, jak powiedziała Maja, z marzeń o Londynie nie wolno robić
sobie żartów!
Kiedy 4 godziny później wróciłem do domu, znowu przypomniał mi się
film. „Wyśpiewać marzenia”… Bohaterom się udało, chcieli swoje marzenie
wyśpiewać, zrealizować, zrobili to… Może ja też bym mógł?
Dwa tygodnie później wraz z Mają siedzimy na twardej ławce
w Muzeum Narodowym. Jest z nami pani Ola, która zabrała nas na warsztaty
do muzeum. Prowadzimy luźną konwersację, kiedy nagle wpadam
na szaleńczy pomysł.
– Pani Olu, czy miałaby pani ochotę pojechać ze mną i Mają
do Londynu?10
Wówczas nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że to pytanie o Londyn
zapoczątkuje lawinę, która w konsekwencji sprawi, że 8 miesięcy później uda
nam się w tę podróż wyruszyć. Po załatwieniu trudności logistycznych,
spakowaniu walizek, ucałowaniu rodziców i zapewnieniu po raz tysięczny, że
tak, na pewno wszystko będzie dobrze, weszliśmy na pokład samolotu, który
miał nas dostarczyć do kraju Shakespeare'a i Dickensa.
Była to również wyprawa pełna różnych „pierwszych razów”, do których
lot samolotem również się zaliczał. Wrażenia podczas startu dosłownie nas
oszołomiły. Stopniowe rozpędzanie się maszyny, dochodzące z głośników
głosy pilota i stewardes, dźwięk zapinanych pasów bezpieczeństwa, odgłos
pracujących silników, wreszcie moment oderwania się od ziemi. Poczuliśmy
się jak w windzie, jadącej z ogromną szybkością pionowo w górę. Wszystkie
dzieci znajdujące się na pokładzie piszczały, a ja wraz z nimi – najgłośniej.
Uczucie było niesamowite, najlepszy roller coaster świata!
Lot minął w miłej atmosferze oczekiwania i ogromnej ekscytacji, z domieszką
lęku przed nieznanym. Nie mogliśmy słuchać muzyki, ponieważ ciśnienie
sprawiało, że uszy mieliśmy prawie zupełnie zatkane. Każdy radził sobie
z tym uczuciem jak mógł: pani Ola pstrykała zdjęcia wszystkim chmurom,
które mijaliśmy za oknem, a Maja i ja snuliśmy plany tego, co zrobimy, gdy
dotrzemy na miejsce.
Po wylądowaniu przeszliśmy wszystkie wymagane kontrole, aż w końcu
mogliśmy udać się w stronę centrum Londynu, ponieważ Stansted leży
na przedmieściach metropolii. Dowiózł nas tam autobus linii National
Express. Rozmowa z panią, która sprzedawała nam bilety, była dużym
przeżyciem. Czułem się tak, jakbym pierwszy raz w życiu rozmawiał z kimś
po angielsku. Fakt, że rozmawiam z native speakerem, bardzo mobilizował.
Sounds of London – dźwięki Londynu
I w końcu, stało się! Jesteśmy w samym centrum ogromnej metropolii.
Wszystko jest nowe, ciekawe i – jak mawia Maja – „wywalone w kosmos”. Ale
my na razie stoimy i słuchamy Londynu, bowiem swoją wizytę w tym mieście
dobrze jest zacząć od tego, by stanąć na chwilę bez ruchu i posłuchać tego,
co dookoła. Usłyszymy bardzo dużo: głośne klaksony aut, biegnących w
różnych kierunkach ludzi (londyńczycy nieustannie się gdzieś śpieszą),
charakterystyczne silniki autobusów miejskich oraz dialogi we wszystkich
językach świata! Czuliśmy się tak, jakby ktoś nagle umieścił nas w środku
akcji jakiegoś filmu, który dzieje się oczywiście w Londynie. Angielski z każdej
strony bardzo nas dezorientował.
– Wow! Jak ten gość gra na gitarze! Słyszałeś? Maja stanęła na środku
ulicy z rozdziawionymi ustami, odwracając głowę w kierunku źródła dźwięku.
Rzeczywiście, teraz i ja zwróciłem uwagę na gitarzystę. Grał istotnie bardzo
dobrze, mógłby z powodzeniem udzielać koncertów. Stał jednak na chodniku 11
przed stacją metra i oprócz tego, że grał, również fantastycznie śpiewał.
Czuć było, że on naprawdę lubi to, co robi. Takich utalentowanych ludzi jak
Mark, spotyka się w Londynie bardzo często: na mostach, w podziemiach,
w parkach. Ilekroć słyszałem kogoś muzykującego, od razu wywoływało to
u mnie pozytywne emocje.
Warstwa dźwiękowa Londynu jest bardzo bogata. Jednym z jej
elementów są właśnie uliczni muzycy, którzy mają specjalnie oznaczone
miejsca do występów przed najtrudniejszą na świecie publicznością –
anonimowym tłumem. Albo się ktoś zatrzyma, albo przejdzie obojętnie. Mark
tak bardzo zachwycił mnie i Maję, że postanowiliśmy zatrzymywać się choćby
na chwilę i przy innych muzykach.
Kolejne ciekawe dźwięki napotkane w Londynie to charakterystyczne
dzwony na katedrze św. Pawła czy bijący Big Ben. Ciekawiły mnie nawet
odgłosy jadącego metra i zapowiedzi na stacjach pociągów.
Jeśli już mowa świątyniach, to duże przeżycie stanowiła dla mnie
możliwość gry na organach w pewnym anglikańskim kościele.
O znajomościach, które zawarliśmy z pastorem i innymi wiernymi nawet nie
wspominam, bowiem jest to temat na osobną, długą opowieść.
Smell, czyli uchwycić nieuchwytne

Kolejnym aspektem naszej wycieczki po Londynie jest zapach.
W Londynie wszystko inaczej pachnie. I nie mam tutaj na myśli jedynie spalin,
które są obecne w dużych metropoliach. Na każdym przystanku
autobusowym, na każdym skrzyżowaniu, dosłownie wszędzie czułem
jedzenie. Londyn obfituje w bary szybkiej obsługi oraz charakterystyczne fish
and chips. Co chwila napotyka się także kawiarnie, w których za niewielkie
pieniądze można zakupić kubek aromatycznego, parującego napoju
i dołączyć do tłumu londyńczyków dzierżących dumnie w dłoni kofeinowe
szczęście. My jednak mieliśmy swoją własną, jedzeniową historię.
– A może wybierzemy się dzisiaj do China Town? – zaproponowałem
pewnego dnia.
Po wejściu do chińskiej dzielnicy, świat nagle się zmienił. Uliczki stały
się węższe i brukowane, samochodów właściwie nie było, a na chodnikach
siedzieli medytujący ludzie. Stanowili oni bardzo ciekawy widok, bowiem
niecałe 300 metrów dalej, toczyło się gwarne życie Londynu, w którym każdy
gdzieś biegł. Tutaj natomiast ludzie potrafili znaleźć czas na to, by usiąść bez
ruchu i medytować. Zatrzymać się na chwilę tam, gdzie wszyscy inni pędzili.
– Maja, zjemy coś w końcu?
– Czy ty możesz przestać gadać o jedzeniu? Ciągle tylko jeść, jeść
i jeść ci się chce. Ogarnij się!
– No ale ja chciałbym zjeść coś w China Town – przekonywałem.
W końcu krakowskim targiem zgodziliśmy się, by zjeść w China Town
i wylądowaliśmy w restauracji „Złoty Smok”. Uprzejmy kelner z serwetką 12
przewieszoną przez ramię podszedł do nas i spytał, czego sobie życzymy.
Spytaliśmy, czy dostaniemy coś za maksimum 6 funtów. Mężczyzna pokręcił
przecząco głową. Zorientowaliśmy się, że wybraliśmy zbyt ekskluzywną
restaurację, niezręcznie już jednak było nam się wycofać. Dlatego, robiąc
dobrą minę do złej gry, zasiedliśmy dumnie przy stole i zamówiliśmy
najtańszą pozycję z bogatego menu. Wiedzieliśmy tylko tyle, że ma to być
jakaś forma kurczaka. Przyjechałem przecież tutaj po to, żeby otwierać się
na nowe doznania, nie mogłem zatem teraz zdezerterować. Jednak kurczak,
a raczej to, co powinno nim być, było niesłychanie twarde, gumowe,
gąbczaste i zwyczajnie niemożliwe do przełknięcia. Zapytana o zdanie Maja
miała niestety te same odczucia. Życząc miłego dnia, oddaliliśmy się czym
prędzej, z utęsknieniem wspominając angielskie tosty.
– Kto jest głodny? – spytała pani Ola, odstawiając ciężki plecak.
– Ja! – krzyknęliśmy chórem.
Wróciliśmy właśnie do domu, po dniu pełnym zwiedzania, a głód
już nam solidnie doskwierał.
– No to może tosty? Mamy w lodówce żółty ser.
No właśnie, tosty! Prawdopodobnie za kilka lat, kiedy przypomnę sobie
naszą podróż, na pierwszy plan wysunie się smak i zapach tostów. Wszyscy
troje byliśmy zgodni co do tego, że tosty w Londynie mają swój specyficzny,
niepodrabialny smak. Uwielbialiśmy po długich wyprawach chrupać tosty,
popijając je typowo angielską herbatą, oglądając jednocześnie „Harry'ego
Pottera”. Nigdy bym się nie spodziewał, że właśnie tak smakują moje
wymarzone wakacje…
Touching to London, czyli sztuka niejedno ma imię

Z wizytą w British MuseumGrafika bez etykiety13
Nie zapominaliśmy oczywiście o naszej misji badania dostępności
brytyjskich muzeów, dlatego przed rozpoczęciem każdego zwiedzania
zawsze pytaliśmy się, jakie udogodnienia posiada dane muzeum oraz
co może nam zaoferować, by zwiedzanie było miłe, łatwe i dostępne. Do
sztuki i muzeów nikogo z naszej wesołej trójki nie trzeba było przekonywać,
dlatego na liście „must do” znalazły się takie miejsca jak: British Museum,
Tate Modern, National Gallery, czy nawet Science Museum oraz oczywiście
Muzeum Figur Woskowych.
To ostatnie dostarczyło nam sporo frajdy oraz przeżyć, które na pewno
zostaną na całe życie. Ilu ludzi bowiem miało okazję zagrać razem z Jimim
Hendrixem na gitarze? Który szczęściarz może pochwalić się zdjęciem
z brytyjską rodziną królewską? Kto z żyjących obecnie ludzi mógł dostąpić
zaszczytu rozpięcia guzika płaszcza króla Henryka VIII? Ja!!! To ja również
uścisnąłem dumnie prawicę Sherlocka Holmesa.
Wszystkie figury, znajdujące się na ekspozycji, przedstawiały znane
postaci z różnych epok. Były naturalnej wielkości, miały też charakterystyczne
dla siebie stroje. Henryk VIII był w ciężkim, futrzanym płaszczu, Bob Marley
z dredami schowanymi pod wełnianą, kolorową czapą, Dalajlama
w sandałach, w stroju buddyjskiego mnicha, a Holmes jak zawsze elegancki
w kapeluszu z nausznikami i długiej pelerynie, z nieodłączną fajką w ustach.
Oglądanie znanych postaci z historii i popkultury, odkrycie rozwichrzonej
czupryny Einsteina, czy też możliwość uściskania Shreka, okazało się
rozrywką wprost nie do przecenienia.
Znacznie bardziej tradycyjne oblicze sztuki oferowały takie muzea jak
chociażby British Museum. Bardzo cenię sobie możliwość dotknięcia
sarkofagu czy zapoznanie się z egipskimi hieroglifami. Do dziś pamiętam
wrażenie, jakie zrobiły na mnie monumentalne, gładkie dłonie jednego
z faraonów. Przezornie odsunąłem się o kilka metrów na wypadek, gdyby
któryś ze starożytnych władców postanowił nagle wstać ze swego posłania,
by się z nami przywitać.

Kamil dotyka dłoni posągu FaraonaGrafika bez etykiety14
Dreams come true, czyli o Potterze słów kilka

Warner Bros Studio
Kiedy planowaliśmy nasze odwiedziny w ojczyźnie Harry'ego Pottera,
nasza wizyta nie mogła się odbyć bez odwiedzenia studia Warner Bros.
Zaraz za drzwiami czekał na nas magiczny świat książek J. K. Rowling.
I było tutaj rzeczywiście wszystko: kostiumy aktorów grających w filmie,
rekwizyty (których mogliśmy czasami dotknąć, dzięki uprzejmości animatorek
studia), prawdziwe meble, a nawet ogromna, papierowa makieta zamku. Była
ona wielkości sporego pomieszczenia. To nie był jednak koniec, a wręcz
przeciwnie.
Znaleźć tu można także pociąg, ekspres Londyn-Hogwart, którym
młodzi adepci czarodziejstwa udawali się w podróż do Hogwartu. Ponieważ
pociąg nie zmieściłby się do studia, to najpierw wybrano dla niego
odpowiednie miejsce, a potem zbudowano wokół pojazdu cały budynek.
Wehikuł stał zatem na honorowym miejscu, a jeśli dobrze popracować
wyobraźnią, to łatwo można zobaczyć kłęby pary unoszące się z lokomotywy
oraz tłum młodych ludzi w długich szatach, z kuframi, na których stały klatki
z sowami, ropuchami czy kotami. Oto Harry Potter w całej swej okazałości.
Był tutaj również autobus, znany z książek jako błędny rycerz.
Był latający samochód ford Anglia. Były miotły, różdżki, kociołki, księgi
z zaklęciami i mnóstwo innych rzeczy. Wisienkę na naszym Potterowym
torcie stanowiła przemiła przewodniczka, która jak z rękawa sypała
anegdotkami i dykteryjkami w tak niesamowicie szybkim tempie, że ja
po minucie dostałem autentycznego zawrotu głowy! Wszystko jednak Grafika bez etykiety15
wynagradzał widok szczerego uśmiechu Mai, która gdyby mogła,
z pewnością zamieszkałaby tu na zawsze.
Po obowiązkowych zakupach w sklepiku z pamiątkami, musieliśmy
niestety opuścić świat magii i czarodziejstwa, by wrócić do rzeczywistości.
Nasz wyjazd powoli dobiegał końca.
Thinking of London
Co widzę, gdy myślę o Londynie? Przede wszystkim mnie i Maję,
sprzeczających się, kto tym razem zagadnie do kogoś nieznajomego
po angielsku, nas leżących na trawie w Hyde Parku, nas chrupiących tosty,
nas śmiejących się z głupawych dowcipów czy tańczących o północy
do piosenek Eda Sheerana.
Widzę nasze długie spacery wzdłuż Tamizy, czuję ponownie smak kawy
z samego serca Londynu i wiem, że jestem szczęśliwy i że właśnie marzenia
stają się rzeczywistością.
***
– Co żeś się tak zamyślił? – Maja szczypie mnie w policzek.
Znów jestem na gwarnym i zatłoczonym Stansted, przede mną zaś
panienka z okienka uderza rytmicznie w klawisze komputera.
– Przypominałem sobie, jak to było – mówię – i żałuję trochę, że nie
udało nam się ani razu pomuzykować na ulicy.
– Przestań! Przecież gdybyśmy zrealizowali od razu wszystkie
marzenia, to byłoby nudno. A tak, możesz na coś czekać, coś sobie
wyobrażać, stawiać sobie jakiś cel.
Pomyślałem, że Maja ma rację. Życie bez marzeń byłoby szare, nudne
i monotonne.
Gdy samolot wznosił się w powietrze, a pasy bezpieczeństwa znowu
rytmicznie klikały, ponownie przypomniał mi się film „Wyśpiewać marzenia”.
I tak, wyobrażając sobie „uciekające” pod nami miasto, obiecałem sobie
solennie, że jeszcze kiedyś tu wrócę, wezmę w dłoń gitarę, by dołączyć do
milionów ulicznych muzyków i – tym razem już dosłownie – wyśpiewać swoje
marzenia.

The women who changed my life #1: Arlena Witt

Tym wpisem chciałbym rozpocząć całą serię postów, których tematem przewodnim będzie hasło wywoławcze: The women who changed my life, czyli kobiety, które zmieniły moje życie. Zatem, let as start…

Arlena Witt to jedna z moich ulubionych Youtuberek. Postać dla niektórych dosyć kontrowersyjna, kiedyś na przykład nagrała filmik o Warszawie, a raczej o prawidłowej wymowie angielskiego słowa Warsaw. Pod koniec wspomnianego filmu widzimy Arlenę, pijącą wodę z kubka. Opatrzone jest to komentarzem: Wiecie, za co jeszcze lubię Warszawę? Za kranówkę".
Jak wieść gminna niesie, influencerka miała dostać za ten łyk wody 7000 złotych. Reklamowała w ten sposób warszawską kranówkę, co wielu ludziom się nie spodobało, w ten też sposób straciła wielu followersów.
Ale ja dzisiaj nie o kranówce będę Wam opowiadał, ale o Arlenie i jej działalności w sieci. Jak już wspomniałem, uczy ona języka angielskiego. Skupia się na wymowie poszczególnych fraz, słów, zwrotów i wyrażeń, każdy filmik poświęca innemu zagadnieniu językowemu, opatruje je licznymi anegdotkami, przykładami z życia codziennego, jak również wstawkami z filmów i seriali. Tak właśnie, z filmów i seriali. Każdy przykład omawiany przez youtuberkę, ilustrowany jest wstawką filmową, na której słyszymy poprawną, angielską wymowę. Arlena również kładzie duży nacisk na różnicę pomiędzy wymową amerykańską i brytyjską.
Aby Was zachęcić nieco do kanału tej znakomitej kobiety, która (btw. zmieniła moje życie na zawsze, i którą chciałbym poznać tak bardzo, jak niemal nikogo na świecie), na dolę tego przydługiego wywodu umieszczam link do wspomnianego już video dyskutującego wymowę słowa Warsaw.

Natomiast jeżeli chcecie dowiedzieć się, jak Arlena mówi po angielsku, możecie obejrzeć kolejny podlinkowany episode, tzn. wywiad, który z influencerką przeprowadza Patrick Ney. Jest to Brytyjczyk, mieszkający od kilku lat w Polsce. Typowa historia miłosna: poznał Polkę, zakochał się, przyjechał tutaj, pokochał nasz kraj, no i został na stałe. I bardzo dobże, że został, bo umieszcza wspaniałe filmy na swoim kanale również, choćby ten, na którym przybliża swoim Brytyjskim widzom historię naszego półkownika Pileckiego. Rączki do góry, jeżeli ktoś wie, kim był półkownik Pilecki. Miałem ostatnio zaszczyt być w warszawskim Domu Spotkań z Historią, gdzie prowadziłem wykład historyczny dla maturzystów. I wyobraźcie sobie, że oni nigdy w życiu o Pileckim nie słyszeli. Czego teraz młodzieży uczą w tych szkołach? Naprawdę nie wiem. Nasz pan Marek złapałby się za głowę, a potem płakał przez cały dzień.
Anyway, subskrybujcie Arlenę, subskrybujcie Patricka, i czytajcie mojego bloga!

Arlena opowiada o Warszawie:

Patrick Ney przeprowadza wywiad z Arleną

Patrick Ney przybliża sylwetkę półkownika Witolda Pileckiego

Pierwsze dwa dni z wielu, czyli o studiach słów kilka

Wpis nie będzie długi, nie będzie też wybitnie treściwy. Będzie chaotycznie i chałupniczo. Chciałem po prostu wrzucić tutaj kilka moich luźnych refleksji. Chciałbym również podkreślić i zaznaczyć, że spędziłem całe swoje dotychczasowe życie w zamkniętym, otoczonym wysokim murem ośrodku, w samym sercu głębokiej puszczy, dlatego różne rzeczy, które dla większości z Państwa są normą, dla mnie były dużym szokiem. Ale do rzeczy.

W sobotę, 5 października, rozpocząłem studia na kierunku informatyka. Nazwa uczelni, pod skrzydłami której studia te odbywam, nie jest istotna dla tego wpisu, więc pozwolę sobie ją pominąć. Od razu mówię, że nie jest to informatyka wysokich lotów. Nie jest to poziom ani uniwersytecki, ani politechniczny, jest to po prostu, jak mówią moi uczelniani znajomi, informatyka dla idiotów. Albo, łagodniej mówiąc, informatyka dla mniej zdolnych.
Rzeczą, która mnie bardzo zaskoczyła już na samym początku, był niesamowity tłum. Pierwszy wykład odbywał się w niewielkiej sali, do której jednak jakimś dziwnym przypadkiem zmieściło się ponad 120 osób. W mojej byłej szkole uczyłem się w zdecydowanie innych warunkach. Przez ostatnie 3 lata miałem w klasie tylko jednego kolegę. Tak, dużą mieliśmy klasę, aż dwuosobową. Więc ten dziki tłum, który szurał krzesłami, rzucał plecakami o podłogę, przepychał się pomiędzy stołami i wrzeszczał… To było dla mnie dziwne i specyficzne doświadczenie. Przez pierwsze pół godziny naprawdę nie mogłem się skupić na przedmiocie wykładu.
Profesorów mamy różnych. Pan, który uczy nas podstaw programowania, jest bardzo miły, ułożony, ale niestety, nie jest kompetentny. Ja, chociaż programuję bardzo krótko, już na pierwszym wykładzie wytknąłem mu kilka błędów merytorycznych. Pan się wcale nie obraził, wręcz przeciwnie, podziękował za zwrócenie uwagi, poprawił nieścisłości i wytłumaczył, że ekspertem w dziedzinie programowania to on nigdy nie był. To zdecydowanie widać. Zdziwiła mnie natomiast informacja, że ten człowiek… Wykłada programowanie na politechnice. Czy tam naprawdę pracują tacy niekompetentni ludzie?

Pani, która uczy nas algebry liniowej, ma stopień doktora habilitowanego, ale jest, łagodnie mówiąc, bardzo specyficzna. Dlaczego? To ciężko wytłumaczyć. Bardzo charakterystycznie się wypowiada. Przepraszam, ona się nie wypowiada. Ona krzyczy. A nawet wrzeszczy i to nie jest przesada. Razem z moimi nowo poznanymi towarzyszami studenckiej niedoli stwierdziliśmy, że ona naprawdę mogłaby dubbingować kreskówki. Jest żeńską wersją Gargamela. A kiedy się śmieje, to jest jeszcze gorzej. Niestety, śmieje się często, głośno, skrzekliwie i strasznie. Myślę, że Maja się ucieszy. Z moich wykładowych nagrań będzie mogła sporządzić całkiem niezły miks. Wspólnie stworzymy jakiś porządny dreszczowiec, w którym moja pani profesor będzie odgrywała główną rolę. Czy ktoś jest chętny, żeby napisać scenariusz dreszczowca? Propozycje przyjmuję w komentarzach. 🙂

Na wykładach matematycznych pracuje się szybko, głośno i efektywnie. Definicje są wyświetlane na slajdach, które zmieniają się z prędkością większą, niż decyzje naszych polityków. Generalnie matematyczny dramat.

Natomiast kiedy do auli wszedł pan profesor K, od razu zorientowałem się, że spotkałem człowieka wysokiej klasy, charakteryzującego się olbrzymią kulturą osobistą i kompetencjami. Jest to człowiek, który o nieciekawych rzeczach opowiada w sposób bardzo pasjonujący. I chociaż temat zarządzania zasobami ludzkimi w ogóle mnie nie interesuje, to jednak słuchałem uważnie, robiłem staranne notatki, a przedstawiane przez pana profesora liczne anegdotki i przykłady sprawiały, że wiedza sama wchodziła niemal do głowy.

Na naszej dydaktycznej arenie pozostała jeszcze pani profesor G. Kolejna bardzo inteligentna osoba, która wie, o czym mówi i zna się na swojej robocie. Wiedzę przekazała nam w sposób rzetelny i uporządkowany, dlatego również bardzo dobrze mi się słuchało.

Ponieważ są to studia zaoczne, wykłady odbywają się w soboty i w niedzielę. W sobotę na uczelni byłem od godziny 8 rano, do godziny 20:30. Spędziłem tam zatem ponad 12 godzin. Nasza najdłuższa i jedyna przerwa trwała 15 minut. Spędziłem ją na szaleńczym biegu do pobliskiej Żabki, gdzie wyposażyłem się w ogromny kubek parującej kawy, bez której po prostu nie byłbym w stanie przetrwać tego maratonu. Poza tą kawową przerwą, innych przerw nie odnotowano.
Niedziela była nieco lóźniejszym dniem, bo na uczelni spędziłem już tylko 9 godzin. Był to dzień ćwiczeniowy. Na ćwiczeniach z podstaw programowania ludzie wypisywali na ekranie Hello World, wyliczali średnią arytmetyczną trzech liczb i zastanawiali się, dlaczego ten program się (do jasnej cholery) nie kompiluje, a ja dyskutowałem z panem profesorem i grupką innych studentów na temat programowania mikrokontrolerów oraz przyszłości polskiej informatyki. Już wiem, że na temat programowania nie dowiem się zbyt wielu nowych rzeczy, robię jednak staranne notatki i piszę to, o co pan profesor mnie prosi.
Ćwiczenia z algebry liniowej były jeszcze szybsze i bardziej intensywne niż wykład, ale nie obyło się bez licznych, humorystycznych sytuacji. Na ćwiczeniach z zarządzania zasobami ludzkimi musieliśmy wspólnie przygotować scenariusz sytuacji kryzysowej, a potem odpowiednio zminimalizować straty i znaleźć rozwiązanie. Rozważaliśmy hipotetyczną sytuację, w wyniku której serwery Facebooka przestają działać, a ludzie panikują, bo nie mogą wrzucić tam zdjęcia swojego drugiego śniadania. Kiedy kryzys facebookowy został już zażegnany, mogłem wrócić do domu i zająć się swoimi osobistymi (kulinarnymi) kryzysami. Po prostu przypaliłem gulaż. Ale nawet taki spalony na węgiel, z niedogotowanymi ziemniakami, po ośmiu godzinach katorgi smakował po prostu wybornie.

Tyle ode mnie na dzisiaj. Jutro zaczynam studia na drugim kierunku, w trybie dziennym. Zaczynamy dosyć późno, bo 7 października, a nie tak, jak wszystkie normalne uczelnie, czyli o tydzień wcześniej. Nie wiem, z jakiego powodu tak jest, ale moja druga uczelnia jest po prostu dziwna.
Tak jak obiecywałem, jest chaotycznie i chałupniczo, ale najważniejsze refleksje się chyba pojawiły. Trzymajcie więc kciuki i życzcie mi powodzenia. 🙂

Kolejna piosenka. Kto wie, ten wie. Kto pamięta, ten pamięta.

Kiedy obudziłem się dzisiaj rano, poczułem, że jest zimno, szaro, ponuro i generalnie źle. Prawie jak w listopadzie.

Zostawmy więc na chwilę jesienne słoty i szarugi, a przenieśmy się pod pewną akację, aby… No właśnie… Aby dowiedzieć się, co niesie los…

Masz wszystko, czego potrzebujesz, plus kilka rzeczy, których nie potrzebujesz w ogóle, czyli… Nowy awatar

Uwaga, uwaga! Koleżanko Zuzler! Ja znowu publikuję! Proszę zanotować w kalendarzu, albo innym diabelskim kajecie. 😀

Tak, właśnie teraz przyszła pora na nowy awatar. A konkretnie piosenkę, pokazaną mi przez kogoś, kogo już dawno powinienem był mianować moim osobistym, muzycznym ekspertem w spudnicy… Tak tak, wiem, Maju, że ty rzadko nosisz spudnice. 🙂

Piosenka jest, jak zazwyczaj, bardzo inspirująca, ale zachęcam do własnej interpretacji. Ja nie będę sugerował niczego. Link macie poniżej.

Nocna refleksja muzyczna – właściwie ni z gruszki, ni z pietruszki

Nie wiem, dlaczego, ale czuję nagłą potrzebę, żeby podzielić sie z Wami akurat tym fragmentem Kaczmarskiego. Nie spodziewajcie się, proszę, szerszego komentarza z mojej strony, bo go nie będzie. Zachęcam do posłuchania.

Z wizytą na basenie

Wybrałem się dzisiaj z wizytą, do jednej z warszawskich pływalni. Co się robi z reguły na pływalni? Z reguły na pływalni się pływa. Ja jednak robiłem tam wszystko, poza pływaniem. Ale od początku.

Poprzedniego dnia pozwoliłem sobie zatelefonować do recepcji mojej upatrzonej pływalni. Odebrała pani o niezwykle słodkim głosiku (mam szczęście do takich kobiet) i zapytała, czy może mi jakoś pomóc.
Odpowiedziałem mojej rozmówczyni, że tak, może mi pomóc, a potem rozpocząłem referowanie mojej sprawy. Wyjaśniłem, że jestem niewidomy i wybieram się na basen. Powiedziałem, że przyjdę sam, bez przewodnika. Zapytałem, czy to będzie jakiś problem.
Otrzymałem odpowiedź, że nie ma żadnego problemu, na basenie są prowadnice dla osób niewidomych, a szafki w szatni podpisane zostały w brajlu.
Ucieszyłem się bardzo, podziękowałem uprzejmie i zakończyliśmy rozmowę w atmosferze pokoju oraz wzajemnej życzliwości.

Kiedy dotarłem do celu, przywitałem się z recepcjonistką. Dzisiaj na dyżurze była już jakaś inna pani, która przeraziła sie na mój widok. Wytłumaczyłem, że telefonowałem wczoraj do recepcji, by upewnić się, czy mogę przyjść sam. Pani powiedziała, że nic o tym nie wie, a potem zaczęła spazmatycznie łapać powietrze i załamywać ręce. Ewidentnie się mnie bała.
Pani poszła po kogoś bardziej kompetentnego, a ja stałem na środku, czując sie jak idiota. Ochota na pływanie jakoś sie ulotniła.
W końcu przyszedł ratownik, który oznajmił mi w kilku dosadnych słowach, że on sie mną (do kurwy nędzy) opiekował nie będzie. Odpowiedziałem ratownikowi, że ja (do kurwy nędzy) nie potrzebuję żadnej opieki, a jedynie odrobinę życzliwości i otwartego umysłu. To jednak ratownikowi sie w głowie nie mieściło, więc on też zaczął spazmatycznie oddychać i załamywać ręce.
W tym momencie na scenę wkroczyła kolejna osoba dramatu – kierownik tej całej zacnej instytucji. Jednym rzutem oka ogarnął całą sytuację: recepcjonistkę załamującą ręce, ratownika z atakiem astmy, i mnie, stojącą na środku, niewidomą sierotkę, której nikt nie chce zaprowadzić na basen. Kierownik był na szczęście trzeźwo myślącą osobą i jakoś przetłumaczył recepcjonistce, by pozwoliła mi wejść do środka. Dziękuję, panie kierowniku.
Okazało się, że muszę zdjąć buty przed wejściem do środka i schować je do foliowej torby. Nikt mnie o tym nie uprzedził, więc nie miałem przy sobie żadnej torby, ani foliowej, ani plastikowej. Jedyne, co miałem ze sobą, to mój urok osobisty i brawura, która kazała mi tu przyjść. Teraz więc zaczęło sie szaleńcze poszukiwanie torby. Okazało się, że nikt, na całym basenie, nie ma żadnej foliowej torby. To bardzo zła wiadomość, bo ta foliowa torba z jakiegoś powodu była bardzo istotnym elementem życia całego personelu. Przez następne 15 minut jedyne, co słyszałem dookoła siebie, to powtarzane z szaleńczą desperacją wyrażenie "foliowa torba", odmieniane przez wszystkie istniejące i nieistniejące przypadki.
W końcu foliowa torba została wydobyta z dna Oceanu Atlantyckiego, albo z jakiegoś innego księżyca, a ja mogłem rozpocząć proces zdejmowania butów. Przybiegły do mnie 3 panie, które zaczęły mnie ciągnąć, popychać, poszturchiwać i potrącać, próbując zdjąć moje obuwie bez mojego udziału. Powiedziałem dobitnie i kategorycznie, że sam potrafię zdjąć buty, to jednak nic nie pomogło. Pomogło dopiero wtedy, kiedy sie wydarłem. Miałem ochotę użyć ulubionego wyrażenia mojego przyjaciela ratownika, czyli "do kurwy nędzy", ale ostatnim wysiłkiem woli sie powstrzymałem. Niewidomy wrzeszczący wzbudza ogromną sensację. Niewidomy wrzeszczący i jeszcze do tego rzucający na prawo i lewo kurwami, wzbudzałby sensacje jeszcze większą.
Następnym punktem programu była szatnia. Prowadzony do niej byłem przez 4 osoby. I tak, razem z moim konduktem powitalnym, wkroczyliśmy do pomieszczenia, gdzie kilku rozebranych facetów udawało, że rozgrywająca się tutaj groteska w ogóle ich nie interesuje.
Przez kolejne kilka minut byłem maskotką całego personelu. Jedna pani usilnie próbowała zdjąć mi koszulkę, druga pani rozpaczliwie gmerała w okolicach mojego rozporka, a trzecia pani głaskała mnie po głowie i mówiła, że wszystko będzie dobrze. Niestety, ja już w tym momencie wiedziałem, że dobrze nie będzie. Wygoniłem wszystkie panie z szatni i powiedziałem, że poradzę sobie sam. Panie wybiegły i poszły poskarżyć sie mojemu ulubionemu ratownikowi. Ratownik wszedł do szatni i zapytał, czy potrafię sam się rozebrać. Byłem tak zmęczony i wściekły, że skinąłem jedynie głową. Nawet nie miałem siły na niego nawrzeszczeć.
Po wielu perturbacjach w reszcie wszedłem do wody. Pływałem przez godzinę, a potem doliczona mi została dodatkowa opłata. Bo czas, który spędziłem na basenie, to dwie godziny, a zapłaciłem tylko za jedną. Nikt niestety nie wziął pod uwagę, że przez jedną godzinę wykłócałem się ze wszystkimi o wszystko, a przez drugą pływałem. Musiałem zapłacić za obie.

A teraz podsumowanie. Tyle się mówi o dostępności. Prezydent Warszawy pan Rafał Trzaskowski codziennie opowiada o tym, że powstają wciąż nowe, dostępne dla niewidomych obiekty. Ja myślę, że prawdziwa dostępność zaczyna sie od ludzi i ich sposobu myślenia, a nie rozwiązań architektonicznych.